Wszystko jest takie żałosne. Czuję się żałośnie, jestem żałosna, mój świat jest żałosny, moje uczucia, moje myśli. Dobrze, że chociaż przez chwile nie było chujowo. Czemu do wszystkiego podchodzę tak emocjonalnie? Nienawidzę, kiedy nieistotne, małe rzeczy mnie cholernie mocno dotykają. Z jednej strony to powinnam się cieszyć, bo to działa nie tylko z negatywami, ale też pozytywami, tylko pytanie czy te cudne, krótkie chwile są warte tego, jak się teraz czuję? Ciągle wmawiam sobie, że tak, że przecież one sprawiają, że czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, pomagają mi fruwać kilka centymetrów nad podłogą. Z drugiej strony kiedy się sypie, to potrafię cały dzień przemilczeć, albo przeleżeć rycząc. Tak bardzo chciałabym się zmienić, chciałabym zmienić swoją naturę, ale nie wiem jak, nie potrafię. Będę musiała się męczyć z tym już chyba zawsze <ok> Teraz tylko pozostaje mi czekać na kolejne błahostki, które nie pozwolą uśmiechowi zejść z mojej twarzy. I tak w ogóle to i need you so fuckin' much.
Mam ochotę nawrzucać tu wulgaryzmów, a w przerwie napisać, że genialnie to rozumiem ( chociaż nie lubiłabym gdyby ktoś coś takiego napisałby mi, wiedząc, że całkiem się różnimy ;o , mam nadzieję, że wiesz, iż wiem :> )
OdpowiedzUsuńNienawidzę mojego emocjonalnego świata, choć prawda, że czasem jest cudowny. Coś jak wystarczy drobiazg aby poczuć się takim szczęśliwym, i drobiazg aby nagle umrzeć.
Mimo, że to takie cholernie uciążliwe, to przecież bez tego nie byłybyśmy sobą, wtedy... nawet nie mogłybyśmy się nad tym zastanawiać, bo to byłoby nierealne. Bez tego mogłybyśmy być kimś całkiem innym, według mnie gorszym - z mojego punktu widzenia jako właśnie taka ja. Na pewno nie byłybyśmy sobą, więc tak, jak gdyby nie było nas w ogóle.
Tak myślę... :>
Czemu wulgaryzmów? Nie klnij na mnie :<
UsuńMoże masz rację... to sprawia, że jesteśmy sobą, a jesteśmy na swój sposób wyjątkowe... <3